OOPS. Your Flash player is missing or outdated.Click here to update your player so you can see this content.
Hiszpania 2011

1. dzień – 03.09.2011
Alicante – Alicante, 27km

Przed 6 rano wraz ze Sławkiem wyjechaliśmy z Gliwic autem na lotnisko do Wrocławia, skąd czekał nas lot do Alicante. Na lotnisku byliśmy ponad 2,5h przed odlotem, spotkaliśmy się tam z Tomkiem i Damianem, którzy także dojechali autami. Lot się trochę opóźnił i w Alicante wylądowaliśmy ok. 1h pózniej, czyli po 14. Po chwilowym oczekiwaniu na nasze rowery, które wylądowały na innej taśmie z bagażami niż wszystkie inne bagaże, zaczęliśmy składać rowery. Zajęło nam to ok 2h. Ruszyliśmy do Alicante oddalonego o 10km od lotniska, aby pozwiedzać, bo i tak tego dnia już za wiele byśmy nie przejechali. Po zwiedzaniu miasta, wracaliśmy w stronę lotniska w poszukiwaniu noclegu i rozbiliśmy się na równym terenie. W nocy tylko trochę przeszkadzały latające z pobliskiego lotniska samoloty.


Image Image

2. dzień – 04.09.2011
Alicante – La Union, 102km

Jechaliśmy zaplanowaną trasą wzdłuż wybrzeża. Bardzo gorąco, ponad 30 stopni. W miejscowości Santa Pola wykompaliśmy się w morzu i ruszyliśmy dalej. Często zdarzało nam się jechać ścieżkami rowerowymi, które wiodły wzdłuż głównych dróg. Na jednej z dróg dostrzegliśmy niecodzienny widok – owcę, która błąkała się przy środku jezdni odgrodzonych od siebie betonowymi blokami. Rozbiliśmy się ok. 10km przed Kartageną, niedaleko drogi pod jakimś drzewkiem.

Image Image

3. dzień – 05.09.2011
La Union – Humbrias, 98km

Po 9:30 wyruszyliśmy na trasę w stronę Kartageny. Na obrzeżu miasta znajduje się Decathlon, do którego pojechaliśmy w celu kupna kartusza do kuchenki gazowej, ale niestety nie było odpowiednich. Wjechaliśmy do miasta i tam troszkę pozwiedzaliśmy, a następnie ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża na zachód. Za Bolnuevo pojechaliśmy szutrowo-kamienistą drogą idącą samym brzegiem lądu, którą wcześniej wypatrzyłem planując trasę. Piękne widoki z drogi, z której na chwilkę zjechaliśmy na plażę, żeby schłodzić się w morzu. Droga wyprowadziła nas obok Punto de Calnegre. Noclegu szukaliśmy już po zmroku i znaleźliśmy go obok, głównej drogi na jakimś małym i już trochę zarośniętym zjeździe z niej.

Image Image Image

4. dzień – 06.09.2011
Humbrias – Carboneras, 98km

Z rana czekało nas trochę podjazdu, ok. 3km i tyle samo zjazdu. Nawierzchnie dróg w Hiszpanii w większości są bardzo dobre i jeździ się po nich komfortowo. Przejechaliśmy też przez małą przełęcz o wysokości 382m, a na zjeździe z niej można było podziwiać ładne widoki. Dojechaliśmy do Aguilas i chwilę się tam pokręciliśmy i odpoczęliśmy od upału. Następnie jazda wzdłuż wybrzeża, którym wjechaliśmy w region Andaluzji. W miejscowości Garrucha wykąpaliśmy się w morzu, a także umyliśmy sie pod prysznicem na plaży i zrobiliśmy pranie. Gdy chcieliśmy już odjeżdżać okazało się, że mam panę. Widocznie na kamienistej plaży musiało być coś co przebiło dętkę. U Sławka także była pana. Wymieniliśmy dętki i pojechaliśmy dalej przez małe wzniesienia na terenie parku Cabo de Gata – Nijar z ładnymi widokami dookoła. Trochę zjazdu i byliśmy w Carboneras, w którym zrobiliśmy zakupy i już po zmroku rozbiliśmy się na kamienistej plaży z ładnym widokiem na morze.

Image Image Image

5. dzień – 07.09.2011
Carboneras – Costacabana, 104km

Wyruszyliśmy ok. 9:15 i kierowaliśmy się na południe przez park Cabo de Gata – Nijar. Teren trochę górzysty z ładnymi widokami dzikiej przyrody. Od miejscowości San Jose jechaliśmy kamienistą drogą w stronę Cabo de Gata. Na pewnym odcinku była zamknięta dla aut, ale rowerami udało nam się przejechać i dotrzeć na wierzchołek podjazdu. Trasa bardzo ładna widokowa z pięknym widokiem gót, morza i drogi prowadzącej wzdłuż brzegu. Zjazd był utwardzony i zjeżdżało się całkiem dobrze. Za Cabo de Gata kąpiel w morzu i mycie pod prysznicami. Dalej drogą w stronę Almerii i szukanie noclegu. Miejsce znaleźliśmy ok. 5km przed Almerią w miejscowości Costacabana niedaleko od morza wchodząc kawałek w zakrzaczony teren.

Image Image Image

6. dzień – 08.09.2011
Costacabana – Bacares, 89km

Wyjechaliśmy w stronę Almerii o godz. 9:40 i po kilku kilometrach byliśmy już w mieście. Jadąc wzdłuż wybrzeża deptakiem Sławek wpadł na pieszego, na szczęście nic wielkiego się nie stało. Zobaczyliśmy w Almerii zamek, zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy w głąb lądu do miejscowości Tabernas. Przejeżdżaliśmy przez drogę wiodącą przez pustynne tereny, na których znajduje się Mini Hollywood, w którym zostało nakręconych wiele westernów. Droga wiodła już w stronę wysokich gór i do podjechania mieliśmy odcinek na przełęcz Alto de Velefique (1860m). Przed tym w miejscowości Velefique napełniliśmy butelki wodą i spotkaliśmy w centrum miasteczka 2 panów, którzy pracowali przy migdałach i dali nam ich trochę. Około godz. 18 zaczęliśmy 13 kilometrowy podjazd na przełęcz. Wspinając się coraz wyżej mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na góry i wijącą się serpentynami drogę. Spotkaliśmy jeszcze Hiszpana, który autem wiózł pomidory i dał nam kilka. Na przełęcz dotarliśmy ok. 20 i zjazd do Bacares miał być już po zachodzie słońca. Na jednym z pierwszych zakrętów Sławek wywrócił się. Jemu nic się nie stało, ale przy upadku wygiął solidnie tylne koło, na którym nie dało się jechać. Do Bacares było 10km i postanowiliśmy wycentrować koło, tylko tak aby można było na nim zjechać do miasteczka. Zajęło nam to sporo czasu, ale po 23 udało się je doprowadzić do stanu, w którym można powoli zjechać na kole (bicie na boki i tak było dość spore. Po północy dotarliśmy do Bacares i rozbiliśmy się u jego podnóża.

Image Image Image

7. dzień – 09.09.2011
Bacares – Tijola, 25km

Wstaliśmy późno, bo jakoś po 9:30 i próbowaliśmy naprostrować skrzywione poprzedniego dnia koło, ale efekt naprawy nie był zadowalający. Jedyną słuszną opcją było kupienie nowego koła. Wraz z Tomkiem poszliśmy szukać w Bacares jakichś informacji o komunikacji stąd do jakiegoś większego miasta, ale okazało się że nie jeżdżą stąd żadne autobusy. Autobusy jeździły z miejscowości Tijola, oddalonej od Bacares o ok. 20km. Szukając informacji natknęliśmy się na bibliotekę, w której wyszukaliśmy połączenia do większych miejscowości z Tijoli i przy okazji zrobiliśmy odprawę online i wydrukowaliśmy karty pokładowe do samolotu na lot powrotny z Madrytu do Krakowa. Sławek chciał też pójść do lekarza, bo miał problemy z opuchlizną na twarzy, ale okazało się, że najbliższy lekarz także jest w Tijoli. Włożyliśmy krzywe koło, tak aby dojechać na nim do Tijoli. Zrobiliśmy jeszcze w Bacares zakupy, czekając trochę na otwarcie sklepu po sieście i zjeżdżaliśmy w dół w stronę Tijoli. Koło niestety skrzywiło się bardziej i uderzało o ramę, więc postanowiliśmy je trochę naprostować. Przy próbie naprawy spotkał nas na drodze kolarz, z którym porozmawialiśmy i miał załatwić transport dla roweru Sławka na którym niezbyt dało się jechać. Po chwili zatrzymał jakieś auto i wpakowaliśmy tam rower i Sławek pojechał autem do Tijoli pod sklep rowerowy, a my zjeżdżaliśmy do Tijoli rowerami a razem z nami miły kolarz hiszpański, który pomógł załatwić transport. Okazało się, że w sklepie nie mają kół 28 calowych, więc pozostawał nam dojazd do innego miasta już autobusem. Razem ze Sławkiem poszliśmy na pogotowie, do którego drogę wskazał nam także hiszpański kolarz. Tam udało się jakoś dogadać z lekarką i Sławek dostał zastrzyk. W tym czasie Tomek naprostował trochę koło Sławka, tak żeby dało się jechać na rowerze. Sprawdziliśmy jeszcze skąd odjeżdża autobus i nazajutrz mieliśmy jechać nim do Granady. Nocleg znaleźliśmy za Tijolą niedaleko drogi, między drzewami.

Image Image

8. dzień – 10.09.2011
Tijola – Granada, 20km

Rano ledwo zdążyliśmy na autobus o 9:30, ale kierowca nie pozwolił nam wsiąść z rowerami bo były nie zapakowane. Następny autobus był o 11:15, więc pojechaliśmy szukać jakichś folii żeby opakować rowery. Załatwiliśmy trochę worków foliowych i folię stretchową z marketu i zapakowaliśmy rowery. Kierowca trochę się czepiał, ale włożyliśmy rowery i bagaże i pojechaliśmy do Granady, przez miejscowość Baza i Guadix. Trasa naszego przejazdu uległa lekko zmianie przez te przygody, ale dojechaliśmy do Granady i tam znaleźliśmy ponownie pogotowie, gdzie po jakichś badaniach stwierdzili, że wszystko jest ok ze Sławkiem. Ja w tym czasie pojechałem szukać sklepu rowerowego i dowiedziałem się gdzie jest jeszcze jakiś otwarty. Pojechaliśmy tam i za 25€ udało się kupić koło i przełożyć kasetę. Pojechaliśmy pozwiedzać to bardzo ładne i całkiem duże miasto, a następnie zrobiliśmy zakupy i znaleźliśmy nocleg za Granadą, przy drodze którą nazajutrz mieliśmy jechać na Pico de Veleta.

Image Image

9. dzień – 11.09.2011
Granada – Pico de Veleta – Granada, 95km

Tego dnia cel był jeden – zdobycie Pico de Veleta (prawie 3400m). Wyruszyliśmy po godzinie 9 i chcieliśmy znaleźć jakieś miejsce, w którym moglibyśmy zostawić bagaże. Nie chcieliśmy wieźć wszystkiego pod górę skoro i tak zjeżdżać mieliśmy tą samą drogą. Po przejechaniu około 5km udało nam się zostawić bagaże w jakimś małym pensjonacie i napełniliśmy sobie jeszcze tam butelki wodą. Przed 11 już z odciążonymi rowerami i niezbędnym bagażem ruszyliśmy dalej pod górę. Cały podjazd z Granady ma długość 43km. Nachylenie podjazdu nie jest bardzo duże i jechało się całkiem dobrze po drodze podziwiając przepiękne widoki wysokich gór. Na wysokości ok. 2300m wjechaliśmy do miasteczka Sierra Nevada, w którym zrobiliśmy postój, żeby coś zjeść. Same miasteczko całkiem ładne, aczkolwiek opustoszałe w lecie. W zimie zapewne jest dużo więcej turystów, bo jest to znany ośrodek narciarski. Do miasteczka asfalt w bardzo dobrym stanie, powyżej miasteczka jakość asfaltu pogorszyła się już znacznie. Od wysokości ok. 3100m droga zamieniła się w szutrowo-kamienistą. Widoki na trasie rewelacyjne i w oddali widoczne Sierra Nevada. Po drodze spotkaliśmy też 2 Polaków na kolarzówkach, którzy wjeżdżali na Pico de Veleta. Na szczycie naszego podjazdu byliśmy ok. 18. Trochę tam posiedzieliśmy, zjedliśmy i podziwialiśmy okolicę robiąc przy okazji zdjęcia. Później ruszyliśmy w dół i część zjazdu pokonywaliśmy już po ciemku. Zjazd bardzo fajny, aczkolwiek wolałbym pokonywać go w całości gdy jest jasno, bo po ciemku widoczność jednak jest ograniczona i troszkę niebezpiecznie. Do punktu gdzie zostawiliśmy bagaże dojechaliśmy ok. 21:30. Zjechaliśmy pod Granadę do sklepu i udaliśmy się na nocleg w to samo miejsce, w którym nocowaliśmy poprzedniego dnia na zasłużony odpoczynek po zdobyciu najwyższego podjazdu Europy.

Image Image Image

10. dzień – 12.09.2011
Granada – Pantano de los Bermejales, 63km

Tego dnia chcieliśmy jeszcze zobaczyć Alhambrę – jeden z najbardziej znanych zabytków w Andaluzji i całej Hiszpanii. Wstęp kosztował 13€, ale było trochę ludzi i musielibyśmy czekać na wejście, a pozatym zajęłoby nam zwiedzanie pewnie cały dzień. Postanowiliśmy więc odpuścić zwiedzanie Alhambry i objechaliśmy ją troche z zewnątrz i zobaczyliśmy przyległe do niej inne zabytki. Wyjazd z Granady zajął nam dłuższą chwilę, ale w końcu byliśmy na drodze prowadzącej przez miejscowości La Malaha i Ventas de Huelma. Dojechaliśmy do bardzo ładnie położonego jeziora, przy którym była też elektrownia. Rozbiliśmy się nad jeziorkiem i poszliśmy spać.

Image Image Image

11. dzień – 13.09.2011
Pantatno de los Bermejales – La Joya, 112km

Tego dnia jechaliśmy drogą przez miejscowość Alhama de Granada do Ventas de Zafarraya. Droga wiodła cały czas wśród gór i można było podziwiać widoki dookoła. W Ventas de Zafarraya można było pojechać na południe w stronę Malagi i później wzdłuż wybrzeża, albo dalej przez góry w stronę Rondy, gdzie zaplanowałem trasę. Damian i Sławek woleli pojechać wzdłuż brzegu morza, a ja z Tomkiem chcieliśmy jechać przez góry. Mieliśmy się spotkać na Gibraltarze lub w Algeciras, skąd mieliśmy później pojechać autobusem do Madrytu. Początkowo planowałem jechać jeszcze do Kadysku i stamtąd autobusem do Madrytu, ale nie zdążylibyśmy już pokonać takiej trasy. Z Ventas de Zafarraya pojechaliśmy ok .10km szutrową drogą z ładnymi widokami na góry, a później przez miejscowości Colmenar, Casabarmeja i Villanueva de la Concepcion. Pod koniec dnia jechaliśmy mniejszymi drogami przez górskie wsie i nachylenie było momentami dość ostre (myślę, że ok 12-15%). Rozbiliśmy namioty niedaleko ulicy w miejscowości La Joya.

Image Image Image

12. dzień – 14.09.2011
La Hoya – Benadalid, 113km

Z rana wyjazd ok. 9 i znowu trochę stromych podjazdów i zjazdów. Następnie przejazd przez miejscowość El Chorro, gdzie pośród gór jest jeziorko i wąwóz. Droga z El Chorro bardzo ładna i przyjemna, choć pod górę. Następnie kierowaliśmy się w stronę Ardales i stamtąd główną drogą na Rondę. Wiało tego dnia bardzo mocno i trochę nas to wymęczyło. Momentami trzeba było mocno trzymać kierownicę bo było czuć, że wiatr mocno wieje w rower i przekręca kierownicę. Droga A-367, którą jechaliśmy do Rondy byla średnio ciekawa – główna droga przez góry. O 18 dotarliśmy do Rondy, którą wąwóz przecina na 2 części. Zwiedziliśmy starą arenę do walki byków i pojechaliśmy później przez miasto podziwiać wąwóz. Rewelacyjne widoki i na pewno warto było pomęczyć się trochę przez góry, żeby tam dotrzeć. Ok. 20 wyjechaliśmy z Rondy i czekało nas jeszcze jakieś 6km podjazdu, a później już po ciemku szukaliśmy noclegu. Rozbiliśmy się przy drodze w punkcie gdzie był postój dla podróżnych i taras widokowy. Była tam także ławka i stół przy którym zjedliśmy sobie kolację. Następny cel – Gibraltar.

Image Image Image

13. dzień – 15.09.2011
Benadalid – La Linea de la Concepcion, 96km

Wyruszyliśmy ok. 10 po tym jak Tomek zmienił linkę do przerzutek, która pod koniec poprzedniego dnia pękła. Ja podokręcałem szprychy w tylnim kole, bo już wcześniej też miałem z nimi problemy i się luzowały przez wykrzywioną felgę w jednym miejscu. Droga z ładnymi widokami i kilkoma w miarę krótkimi podjazdami. Od miejscowości Gaucin, w której zrobiliśmy zakupy był całkiem długi zjazd (ok. 8km), bo wyjeżdżaliśmy już z gór w stronę morza. Po tym zjeździe tereny już prawie płaskie i niewiele większych podjazdów. Troszkę pochmurno tego dnia co było swego rodzaju nowością, ale i tak było bardzo ciepło. Przejechaliśmy przez miejscowość Los Angeles, gdzie zrobiliśmy sobie zdjęcie, a następnie przez tereny obok rafinerii dojechaliśmy do Gibraltaru. Tam mieliśmy się spotkać z Damianem i Sławkiem przy wyjeździe z Gibraltaru, ale to pod wieczór o 19:30. Mieliśmy więc trochę czasu na zwiedzanie zamorskiego terytorium Wielkiej Brytanii. Samo miasto bardzo ładne i widoki na skałę i morze świetne. Wjechaliśmy także na skałę kolejką linową i z góry mogliśmy podziwiać piękne widoki na miasto, skałę i morze. U góry skały żyją na wolności małpy, które są chyba jedną z największych atrakcji Gibraltaru. Zrobliśmy troszkę zdjęć razem z małpami i zjechaliśmy na dół. Objechaliśmy całą skałę mijając po drodze Europa Point skąd widać było w oddali Afrykę (ok. 18 dzieli stąd oba kontynenty). Przed 20 spotkaliśmy się już we 4 i wyjechaliśmy z Gibraltaru do La Linea, w którym zrobiliśmy zakupy. Wyjeżdżając spod sklepu natknęliśmy się na Polaków (Dianę i Adriana z synem). Rozmawiając poszliśmy z nimi pod ich mieszkanie. Powiedzieli, że może uda się nas przenocować na dachu budynku w którym mieszkają. Tak oto dzięki nim trafił nam się genialny nocleg na dachu 10 piętrowca z widokiem na Gibraltar. Na dachu zjedliśmy sobie kolację i rozłożyliśmy tylko karimaty i śpiwory, w których spaliśmy.

Image Image Image

14. dzień – 16.09.2011
La Linea de la Concepcion – Algeciras, 29km

Wstaliśmy później, bo nie spieszyło nam się tego dnia zbytnio. Diana i Adriam ugościli nas i zrobili nam bardzo dobre sniadanie. Trochę u nich posiedzieliśmy i przed 14 poszliśmy z nimi jeszcze do miasta, gdzie odbierali swojego synka – Mikołaja z przedszkola. Tam się pożegnaliśmy. Było to bardzo miłe spotkanie z Polakami w Hiszpanii. Ruszyliśmy do Algeciras, skąd mieliśmy jechać autobusem do Madrytu. Zdobyliśmy folię do spakowania rowerów i spakowaliśmy je na dworcu w Algeciras. Okazało się jednak, że bilety tego dnia na autobusy do Madrytu, które odjeżdżały o 21 i o 22 są już wykupione. Spóźniliśmy się z tym niestety troszkę. Sprawdziliśmy jeszcze czy jakoś inaczej dojedziemy do Madrytu, ale nic z tego. Musieliśmy poczekać do następnego dnia do 11:30 na kolejny autobus. Nocowaliśmy na dworcu autobusowo – promowym, bo z Algeciras odpływają promy do Afryki (do Ceuty i Tangeru). Spaliśmy w poczekalni, gdzie o północy wygonili nas strażnicy zamykający dworzec na 3 godziny, pozwalając nam zostawić tam caly bagaż. Jednak już po godzinie okazało się, że mogliśmy tam wrócić i spać do rana.

Image Image

15. dzień – 17.09.2011
Algeciras – Madryt, 18km

Rano umyliśmy się na dworcu, zrobiliśmy jeszcze zakupy i znieśliśmy bagaże na zewnątrz. O 11:30 ruszyliśmy w 9 godzinną drogę do Madrytu. Podróż autobusem minęła całkiem szybko i po 20:30 rozpakowywaliśmy rowery w Madrycie. Pojechaliśmy zobaczyć trochę miasto, a później poszukać noclegu, który znaleźliśmy w parku na obrzeżach miasta.

Image Image Image

16. dzień – 18.09.2011
Madryt -Madryt, 43km

Z rana w parku było całkiem sporo spacerujących lub biegających osób. Pewnie troszkę dziwił ich nasz widok. Zebraliśmy się i ruszyliśmy zwiedzić centrum miasta. Bardzo ładne i duże miasto z wieloma placami, pomnikami i zabytkami. Pojechaliśmy zobaczyć pałac królewski, który zobaczyliśmy z zewnątrz. Wcześniej weszliśmy do bardzo ładnej katerdy tuż obok pałacu królewskiego. Jadąc przez miasto na jego wschodnią stronę, spotkaliśmy Polaka, który mieszka w Madrycie 20 lat i jest przewodnikiem m.in. po stolicy Hiszpanii właśnie. My chcieliśmy coś zjeść w jakiejś restauracji, a on miał przerwę z wycieczką i szedł na obiad, więc poszliśmy wspólnie zjeść posiłek. Usiedliśmy przy stolikach na dworze obok placu Teatralnego i porozmawialiśmy i zjedliśmy bardzo dobry obiad. Chcieliśmy później podjechać do parku Retiro, który ponoć jest dość ładny. Obok jest muzeum Prado, do którego był akurat wstęp wolny w określonych godzinach (dowiedzieliśmy się tego od spotkanego Polaka). Dla mnie priorytetem był jednak stadion Realu Madryt. Było około 15, więc wolałem pojechać na stadion, żeby zdążyć go zwiedzić (tour po stadionie był do 18:30). Rozdzieliliśmy się i ja z Tomkiem pojechaliśmy na stadion, a Damian i Sławek zostali koło muzeum i pojechali też do parku Retiro. Mieliśmy się spotkać pod muzeum o 18. Wyjechaliśmy główną drogą w stronę stadionu Królewskich i po około 5km ukazał się stadion przed którym odbywał się jakiś zlot harleyowc'ów. Kupiliśmy bilety, rowery zostawiliśmy przy wejściu do jednej z wież stadionu i poszliśmy zwiedzać. Dla mnie to piękna sprawa znaleźć się na stadionie ulubionego klubu. Bardzo fajny byl ten tour i można było zobaczyć kilka miejsc stadionu, z szatniami, salami trofeów, salą konferencyjną. O 18 byliśmy ponownie pod muzeum. Okazało się, że darmowy wstęp był od 17. Za chwilę wrócił Sławek, który poszedł pierwszy, a następnie my weszliśmy zobaczyć obrazy. Później jeszcze wjechaliśmy na chwilę do parku Retiro i kierowaliśmy się w stronę lotniska Barajas, położone od centrum o kilka kilometrów. Dojechaliśmy do niego główną drogą i byliśmy na nim już o 21. Nasz lot było 6:45 następnego dnia, więc mieliśmy dużo czasu.

Image Image Image

17. dzień – 19.09.2011
Madryt – Gliwice, 18km

Po północy spakowaliśmy rowery do folii, które mieliśmy ze sobą od Algeciras i pozostało nam czekanie na nasz lot. Później zjedliśmy jeszcze zupki chińskie i trochę pospaliśmy. Odprawiliśmy nasz bagaż, kupiliśmy w sklepie jeszcze jakieś wino i coś do zjedzenia na drogę i weszliśmy do samolotu. Lot trwał ponad 3h i wylądowaliśmy w Krakowie. Stamtąd pojechaliśmy do centrum Krakowa na dworzec PKP i pociągiem pojechaliśmy do Katowic. Tam Tomek i Damian pojechali na rowerach do domu, do Rudy Śląskiej, a ja ze Sławkiem pojechaliśmy pociągiem do Gliwic. Z dworca dojechaliśmy rowerami na nasze osiedle po 16 i tak skończyła się kolejna z moich wypraw. Zapewne jeszcze kiedyś wrócę do Hiszpanii, bo bardzo mi się tam podobało.

Image Image


Więcej zdjęć z wyprawy TUTAJ .

W sumie przejechaliśmy na rowerach 1132km. Oto trasa jaką pokonaliśmy.

 

 

 

 
Witam na stronie poświęconej wyprawom i wycieczkom rowerowym
 „Wszystko wydaje się niemożliwe,
tym którzy niczego nie próbują.”

                                                                   Roald Amundsen